Ngatoroirangi był jednym z przywódców duchowych plemienia Te Arawa. Pewnego dnia zostawił na brzegu swoją łódź i podążył wgłąb lądu na południowy-zachód. Nagle w oddali ujrzał wielką piękną górę i postanowił się na nią wspiąć. Kiedy doszedł do podnóża góry nakazał swoim kompanom by czekali na niego kiedy on zdobywał będzie szczyt. Zabronił im także jeść do jego powrotu aby on miał siły na długą i niebezpieczną wyprawę.
Droga na szczyt była długa i męcząca. Oczekujący na dole kompani podróży Ngatoroirangi zaczęli się niecierpliwić. Przekonani, że na pewno czekają już na próżno rozpalili ogień i zabrali się za przygotowywanie jedzenia. W tej samej chwili serce Ngatoroirangi ścisnął lód, a zimno stało się nie do zniesienia. Gnąc się z bólu i zmęczenia modlił się do swojej siostry Haungaroa aby przysłała mu ogień by mógł dokończyc swojej wyprawy. Haungaroa usłyszała jego modlitwy i wysłała demony ognia na pomoc bratu. Demony wskoczyły do oceanu i pospieszyły na pomoc. Kiedy dotarly do brzegu zobaczyły, że muszą jeszcze przebyć długą drogę zanim zrównają się z Ngatoroirangi. Zanurzyły się więc pod płąszcz Ziemi i ruszyły, a za każdym razem kiedy któryś z nich wychylał głowę aby sprawdzić gdzie są pozostawiał po sobie dziurę w Zemi, z której wydobywała się para.
Kiedy wreszcie dotarły do podnóża góry i odnalazły Ngatoroirangi, ciepło które ze sobą przyniosły ożywiło go. I tak oto Rotorua i okolice utkane są wulkanami, gejzerami i parującymi jeziorami, a plemię Te Arawa sprawuje pieczę nad tą okolicą.
dymy...
jeziora...
krajobraz księżycowy...
W Roto... (odwieczne pytanie - odmieniać? Nie odmieniać?) spędziliśmy cztery dni, włócząc się pomiędzy dymiącymi jeziorkami, unoszącym się wokół zapachem siarki i pięknymi, ciągle żywymi maoryskimi osadami (marae). Dojechaliśmy w poniedziałek, do naszego gościnnego domu dotarliśmy wieczorem. Od progu powitało nas głośne 'Kia ora, Anna, kia ora!' (pozdrowienie w Māori). Przez następne cztery noce mieliśmy ogromne szczęście mieszkania z Glenys i jej rodziną, a Antek miał ogromną radochę z dogłebnego poznawania ich zlewu. Głownie nogą.
No i także, a jakże, oczywiście okazało się, że włócząc się po maoryskiej osadzie Ohinemutu naszym przewodnikiem był chłopak, kótrego rodzina ma mocne więzi z różnymi Polakami (i tu i tu). Tak więc oprócz kawałka historii, szybkiej wycieczki po jego łazience, w której gorąca woda leje się 24 godziny na dobę, i obserwowaniu jak gorąca woda niespodziewanie przebija się przez asfalt, dostaliśmy namiar na polskiego fotografa w Auckland i koncert polski w czerwcu. Wielokulturowości wielkie Hej!
| wharenui w Ohinemutu |
| Ohinemutu marae |
| Ohinemutu marae |
| Ohinemutu marae |
| Ohinemutu marae |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz